The Florida Project (2017): (Nie)amerykański sen

The Florida Project (2017): (Nie)amerykański sen


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami stał sobie zamek pełen szczęśliwości, radości i kolorów. Przyjeżdżali do niego ludzie chcący uszczknąć co nieco z tej magicznej krainy, sprawić by ich życie stało się szczęśliwsze. Niestety nie każdy mógł korzystać z całej cudowności zamku i wielu ludzi żyło dookoła niego bez perspektyw zmienienia swojego losu. Ten zamek stoi w Disneylandzie.

The Florida Project to najnowszy film Sean'a Baker'a ("Mandarynka", "Gwiazdeczka"). Reżyser zaprasza nas do świata małej Moonee (Brooklynn Prince) i jej matki Halley (Bria Vinaite) żyjących w tanim motelu o przewrotnej nazwie "Magiczny Zamek", tuż obok wspomnianego Disneylandu. Mała Moonee spędza letnie dni bawiąc się ze swoimi kolegami, robiąc psikusy zarządcy budynku Bobby'emu (Willem Dafoe) i wyciągając drobne na lody od przechodniów. Zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że w tle jej wygłupów dzieją się rzeczy niebajkowe. Matka dziewczynki nie pracuje, sprzedaje podróbki perfum bogatym gościom okolicznych hoteli i żyje od czynszu do czynszu, jak większość mieszkańców motelu.

Sean Baker to wyjątkowy twórca. Można uznać, że zajmuje się filmem społecznie zaangażowanym, ale to stwierdzenie nie jest do końca prawdziwe. We wcześniejszych swoich filmach również obrazował społeczeństwo, ale nigdy, w żaden sposób go nie oceniał. W "Manadarynce", nakręconej przy użyciu iPhone'a, zapoznał nas z queer'owym życiem w Los Angeles, w "Gwiazdeczce" opowiadał o przyjaźni młodej gwiazdki porno ze starszą panią. Nie inaczej jest w The Florida Project. Reżyser nie komentuje, nie wydaje opinii, jest jedynie obserwatorem i pozwala nam, widzom "przetrawienia" tego co widzimy na swój sposób.


W The Florida Project oglądamy świat niemal bez przerwy z perspektywy 6-letniej dziewczynki, a kamera przez większość czasu ustawiona jest na wysokości oczu dziecka. Wszystko jest pastelowe (łączenie ze ścianami hotelu), a każda nowa przygoda Moonee to świetna zabawa. Jednak każdy dorosły widz zauważy, że nie wszystko jest tak różowe jak wydaje się małej bohaterce. Jej matka nie radzi sobie z rzeczywistością, buntuje się przeciwko wszystkiemu i sama momentami zachowuje się jak dziecko. Nie można jednak zaprzeczyć, że na swój sposób kocha córkę i stara się, czasem dość nieumiejętnie, zapewnić jej jako takie życie. Historię ich obu, jak i innych mieszkańców motelu, oglądamy jako zestawienie pojedynczych scen, takich jakby scenek rodzajowych. Wszystkie te "obrazki" łączą się jednak ze sobą w całość i tworząc specyficzną narrację. Człowiek siedzi więc i dosłownie "gapi" się w ekran czekając na to, co będzie dalej.

Mówiąc o The Florida Project nie można nie wspomnieć o aktorach. Baker niemal w każdym swoim filmie zatrudnia naturszczyków, mieszając ich z zawodowymi aktorami. Brooklynn Prince, która brawurowo odegrała rolę Moonee (ostatnia jej scena niemal rozrywa serce), pojawia się na ekranie po raz pierwszy. To samo tyczy się Brii Vinaite, która została odkryta przez reżysera na Instagramie. Towarzyszy im doświadczony i wielokrotnie nagradzany, Willem DafoeW filmie Baker'a jest dobroduszną postacią, która pomaga mieszkańcom motelu, a zwłaszcza Halley, w radzeniu sobie z rzeczywistością chociaż sam nie ma/miał łatwego życia. Ten cały aktorski misz-masz powoduje, że The Florida Project ogląda się jakby samemu  było się w "Magicznym Zamku", a każda scena jest naturalna i nienachalna


Musze przyznać, że film wywołał u mnie przede wszystkim smutek. Chyba jestem "za dorosła" i mimo tego, że uśmiechałam się na widok kolejnych psikusów Moonee i jej przyjaciół, ten cały pastelowy świat nie powodował we mnie radości. Wkurzałam się patrząc jak nieudolnie Halley radzi sobie każdego dnia, jak neguje wszystko i wszystkich, jak awanturuje się, co z mojej perspektywy było momentami zupełnie bez sensu. Złościły mnie jej wybory, ale z drugiej strony nie potrafiłam jej nie lubić, było mi przykro, że jej los nie ulega zmianie i szansy na tą zmianę nie ma.

The Florida Project to film ironiczny, zabawny i smutny, a przede wszystkim prawdziwy. Obdziera nas ze złudzeń, pokazuje świat takim jakim jest mimo, że my może zapominamy iż rzeczywistość nie zawsze jest kolorowa. Nie traktowałabym go do końca jako komentarza o współczesnej Ameryce. Bohaterowie filmu mogą być wszędzie, w każdym miejscu na ziemi, a nawet tuż obok nas. I każdy z nich chciałby kiedyś dostać się do Disneylandu.


Tytuł: The Florida Project
Reżyseria: Sean Baker
Scenariusz: Sean Baker, Chris Bergoch
Obsada: Brooklynn Prince, Bria Vinaite, Willem Dafoe
Premiera: 22.12.2017 (Polska)




Źródło zdjęć: imdb.com
I tak cię kocham (2017): Niesztampowo

I tak cię kocham (2017): Niesztampowo

Rom-komy czyli komedie romantyczne to taka kategoria filmu, w której widzieliśmy już chyba wszystko. Przez lata twórcy bombardowali nas wieloma historiami, a każda kolejna nie była już w stanie niczym zaskoczyć. Schemat komedii romantycznej zazwyczaj wygląda tak: chłopak poznaje dziewczynę, zakochują się w sobie, rozstają z jakiegoś powodu aby na końcu "żyć długo i szczęśliwie". Banał, prawda? Jednak czy można z komedii romantycznej wycisnąć coś więcej?

Na wstępie muszę wspomnieć, że nie cierpię komedii romantycznych. To taki rodzaj filmu, który ani specjalnie nie bawi ani jakoś wyjątkowo nie wzrusza. Jednym słowem to taka trochę kinowa "zapchajdziura", więc jakie było moje zaskoczenie gdy obejrzałam rom-koma, który naprawdę mi się spodobał.

I tak cię kocham to film Michael'a Showalter'a, który opowiada historię Kumail'a (Kumail Nanjiani, znany m.in. z serialu "Dolina Krzemowa"), pochodzącego z Pakistanu stand-upera. Jego rodzice, zgodnie z tradycją, chcą zaaranżować mu małżeństwo z "porządną, pakistańską dziewczyną". Wbrew temu, podczas jednego ze swoich występów Kumail poznaje Emily (Zoey Kazan), z którą natychmiast znajduje wspólny język. Ich relacja szybko przeradza się w coś poważniejszego niż "one night stand", ale gdy Emily dowiaduję się, że Kumail nie był z nią szczery i ukrywał ich związek przed rodziną, natychmiast zrywa relację. Niby nic odkrywczego, prawda? Często w komediach romantycznych mamy zerwanie w związku z "kłamstwem" jednej ze stron, ale to nie koniec historii. Po jakimś czasie od rozstania mamy zwrot akcji - Kumail dowiaduje się, że Emily trafia do szpitala z powodu jakiejś tajemniczej choroby i zostaje wprowadzona w stan śpiączki. Żeby tego było mało, w tej trudnej sytuacji, główny bohater poznaje rodziców swojej byłej dziewczyny, wiedzących o rozstaniu pary i w związku z tym niezbyt pozytywnie nastawionych do Kumail'a.


Co jest największą zaletą filmu? Sama historia, bo, uwaga, wydarzyła się naprawdę. Scenariusz został napisany przez Kumail'a Nnajiani, który zagrał jednocześnie główną rolę i jego żonę, Emily V. Gordon, w oparciu o ich własne doświadczenia. Ta nietypowa opowieść to nie jedynie romans jaki znamy, to też próba przyjrzenia się współczesnym relacjom międzyludzkim, tożsamości kulturowej i różnicy pokoleń. Te wątki są omawiane między innymi poprzez relacje Kumail'a ze swoją rodziną czy rodzicami Emily i to właśnie postacie drugoplanowe "robią" ten film. Aktorsko prym wiodą tu Holly Hunter i Ray Romano w rolach rodziców dzieczyny. Są oni doskonałą przeciwwagą dla, tradycyjnych (z pozoru), matki i ojca Kumail'a oraz jego brata. Ten miks osobowości, kultur i poglądów na życie daje mieszankę, którą świetnie się ogląda na ekranie.

Nie zapomnijmy jednak, że I tak cię kocham jest komedią, a do tego po części dziejącą się w świecie stand-upu. Żartów mamy, więc tutaj wiele, począwszy od chyba najlepszego dowcipu o 11 września jaki usłyszałam, a na genialnej i zabawnej definicji miłości przedstawionej przez Ray'a Romano kończąc. Dowcip jest w filmie również bardzo dobrze wyważony. Nikt "nie nabija się" z choroby Emily jako takiej, nie ma żenujących żartów o emigrantach czy niskiego poziomu dowcipu, tak dobrze znanego, z niektórych amerykańskich produkcji. Wszystko jest zatem "smaczne"  i nie powoduje u widza efektu "facepalm" 😉.


Dla mnie I tak cie kocham ma jedną wadę, a mianowicie  aktor odgrywający główną postać. Ja wiem, że to jego historia, ale w momentach dramatycznych jest dla mnie zupełnie nieprzekonujący i wypada dość sztucznie. Oczywiście jest to moje subiektywne odczucie, które nie psuje jakoś specjalnie odbioru filmu.

Reasumując, I tak cie kocham jest jak ciepły kocyk w zimową pogodę 😉, bardzo przyjemnie się go ogląda i jako miks rom-koma z dramatem wypada świetnie. Sama jestem zaskoczona, bo mówiąc szczerze obawiałam się kolejnej dennej komedyjki, a otzrymałam film ciekawy, angażujący i dający również trochę do myślenia. Zdecydowanie do obejrzenia.

Tytuł: I tak cię kocham (The Big Sick)
Reżyseria: Michael Showalter
Scenariusz: Emily V. Gordon, Kumail Nanjiani
Obsada:  Kumail Nanjiani, Zoe Kazan, Holly Hunter, Ray Romano, Anupam Kher, Zenobia Shroff, Adeel Akhtar
Premiera: 5.01.2017 (Polska)


Coco (2017): Mądrze i wesoło po bajkowemu

Coco (2017): Mądrze i wesoło po bajkowemu


Kto z nas nie chciał być kiedyś Piotrusiem Panem i znaleźć się w Nibylandii? Bajkowy świat od jakiegoś czasu wciąga i dorosłych (przykład - chociażby "Shrek"). Czy jednak film animowany może poruszać tematy głębsze i trudniejsze?

Coco to najnowsza produkcja duetu Disney/Pixar. Opowiada ona historię Miguel'a, który marzy o tym by, tak jak jego idol Eduardo de la Cruz, zostać gwiazdą muzyki. Niestety jego najbliżsi nie wspierają go w tym marzeniu, a wszytsko dlatego, że muzyka jest w tej rodzinie zakazana od czasu gdy prapradziadek Miguel'a porzucił dla sławy swoją żonę Imeldę i córkę Coco (tak, tytuł filmu nie odnosi się do głównego bohatera). W dniu Día de los Muertos (meksykańskie święto zmarłych), kiedy wspomina się swoich przodków, chłopak postanawia w końcu postawić na swoim. Tym samym sprowadza na siebie klątwę, która przenosi go w zaświaty...

Film Lee Unkrich'a miał swoją premierę już jakiś czas temu, ale dopiero Złote Globy "zmusiły" mnie do seansu i zdecydowanie nie żałuje. To faktycznie jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza, animacja Pixar i wszelkie nagrody dla tego filmu są jak najbardziej uzasadnione. Świat stworzony przez magików od animacji, zarówno ten po "naszej stronie", pokazujący kolorowe i, na swój sposób, radosne święto, gdzie ludzie wspominając swoich bliskich stawiają na ołtarzykach ich zdjęcia, jak i ten "straszny", są dopracowane w 100%. Każda postać, każdy element scenografii "żyje", a wszystko to okraszone jest muzyką i piosenkami, które nie są nachalne, jak to często bywa w bajkach. Jednym słowem cudo!


Oprócz tego, że film jest wizualnie piękny, to porusza on kwestie niezbyt charakterystyczne i popularne w filmach dla dzieci czyli przemijanie i utrata bliskich. Robi to jednak w taki sposób, że widz nie czuje się w żaden sposób przytłoczony tą tematyką. Oczywiście można się spierać czy kościotrupy są odpowiednie dla najmłodszych, ale wyważenie filmu w tej kwestii powoduje, że żadne dziecko nie powinno mieć z tego powodu koszmarów (no dobra, może nie jest to film dla 3 czy 4-latków). Gdyby się tak zastanowić to Coco może być punktem wyjścia dla rodziców do poruszenia różnych trudnych kwestii, ale to tylko taka moja refleksja.  

Oczywiście, Coco nie jest filmem jedynie o kościotrupach i śmierci. W piękny sposób porusza również temat pogoni za marzeniami i roli jaką w życiu odgrywa rodzina. Jednak o realizacji celów mówi w zupełnie inny sposób niż można się spodziewać. Film pozwala widzowi zastanowić się czy warto jest porzucać wszystko tylko po to by się spełnić. Cóż, jak to w bajkach bywa wszystko jest odrobinę przewidywalne i już gdzieś na początku filmu zorientowałam się jaka jest odpowiedź na powyższe pytanie, niemniej jednak ta pozorna banalność i tak powoduje, że na chwilę wpada się w  zadumę. 


Historia Miguel'a i jego rodziny, elementy humorystyczne (bo takich tu oczywiście nie brakuje) muzyka, a nawet wnioski, które możemy wyciągnąć - wszystko to razem tworzy niesamowitą całość. Muszę przyznać, że już dawno żaden film tak mocno mnie nie wzruszył - tak, płakałam jak bóbr. Tym samym sugeruje zabranie ze sobą do kina zapasu chusteczek, bo zdecydowanie się przydadzą.

Cóż, nigdy nie próbowałam się mierzyć z recenzją filmu animowanego, zdecydowanie nie jestem specjalistą w kwestii bajek i być może z tego tekstu wyszedł jedynie pean pochwalny dla Coco, ale co z tego? Ten film na to zasługuje na każdej płaszczyźnie i polecam go zarówno małym jak i dużym, bo i jedni i drudzy znajdą w nim coś dla siebie.

P.S. Z tymi chusteczkami naprawdę nie żartuję 😉.

Tytuł: Coco
Reżyseria: Lee Unkrich
Scenariusz: Adrian Molina, Matthew Aldrich
Dubbing polski: Michał Rosiński, Maciej Stuhr, Agata Kulesza, Bartosz Opania, Marian Dziędziel, Teresa Lipowska
Premiera: 24.11.2017 (Polska)





Premiery serialowe - Styczeń 2018

Premiery serialowe - Styczeń 2018


W 2018 roku czeka nas wiele ciekawych premier serialowych, a także "powrotów" czyli kolejnych sezonów. Co do zaoferowania ma pierwszy miesiąc roku?


Ostatni most

Jeden z najlepszych seriali skandynawskich powraca z 4 i niestety ostatnim sezonem. Most nad Sunden to serial kryminalny którego główną bohaterką jest policjantka Saga Norén (Sofia Helin). Specyficzny sposób bycia (Saga ma zespół Aspregera, jeśli dobrze pamiętam) nie ułatwia jej relacji z innym ludźmi, ale zdecydowanie pomaga rozwiązywać najbardziej zawiłe sprawy. Serial doczekał się dwóch wersji: amerykańskiej i brytyjskiej, ale obie nie umywają się do oryginału. O czym będzie ostatni sezon? Przekonajcie się sami.




Tytuł: Most nad Sunden (Bron/Broen)
Obsada: Sofia Helin, Thure Lindhardt, Sarah Boberg
Premiera: 1.01.2017





Mulder i Scully znów na tropie

Czym byłby świat bez Z archiwum X 😉? Nie jestem sobie w stanie wyobrazić telewizji bez tego kultowego serialu. Mulder i Scully wracają z 11 sezonem i mimo tego, że poprzedni to już nie było to (choć rozumiem zamysł), to z chęcią zobaczę kolejne przygody naszych ulubionych agentów FBI.




Tytuł: Z Archiwum X (The X-files)
Obsada: David Duchovny, Gillian Anderson,
Premiera: 3.01.2018




Zabić Versace

The Assassination of Gianni Versace to drugi sezon świetnie przyjętego "American Crime Story: People vs. O.J. Simpson" (2 Złote Globy). Tym razem poznamy historię morderstwa projektanta Gianni'ego Versace przez Andre Cunanan'a. Produkcja powstała w oparciu o książkę Maureen Orth "Vulgar Favors: Andrew Cunanan, Gianni Versace, and the Largest Failed Manhunt in U.S. History"  W rolach głównych zobaczymy Édgar'a Ramírez'a, Penelope Cruz i Ricky'ego Martin'a.



Tytuł: American Crime Story: The Assassination of Gianni Versace
Obsada: Édgar Ramírez, Penelope Cruz, Ricky Martin
Premiera: 17.01.2018





Inny świat

Zdobywca Oskara J.K. Simmons w serialu opowiadającym o pracowniku ONZ, który odkrywa tajemnicę swojego pracodawcy - furtkę do równoległego świata, gdzie on sam wiedzie zupełnie inne życie. Fabuła przypomina mi trochę, któryś sezon "Fringe", ale do produkcji zdecydowanie przyciąga pan Simmons.



Tytuł: Odpowiednik (Counterpart)

Obsada: J.K. Simmons, Harry Lloyd, Nazanin Boniadi
Premiera: 21.01.2018





Alienista

Serial kryminalny, w tle XIX-wieczny Nowy Jork, a na ekranie Daniel Brühl, Dakota Fanning oraz Luke Evans - zapowiada się bardzo interesująco. Dziennikarz John Moore łączy siły z psychologiem Dr. Laszlo Kreizler'em w poszukiwaniu seryjnego mordercy. Bardzo "smakowite". 😉




Tytuł: The Alienist
Obsada: Daniel Brühl, Luke Evans, Dakota Fanning
Premiera: 22.01.2018




Eksperyment

Uwaga! Steven Soderbergh wprowadza nową jakość serialową. Jego najnowszą produkcję czyli Mosaic będzie można oglądać przy pomocy specjalnej aplikacji gdzie m.in. będziemy mogli zdecydować z perspektywy, którego bohatera chcemy obejrzeć fabułę. Ciekawe, prawda? Co do samej historii - główny wątek to morderstwo autorki książek dla dzieci - w tej roli Sharon Stone.




Tytuł: Mosaic
Obsada: Devin Ratray, Maya Kazan, James Ransone, Sharon Stone
Premiera: 22.01.2018




Szturm na Waco

Gałąź Dawidowa to sekta, która powstała w 1955 roku po oddzieleniu się od Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. W latach 80 na jej czele stanął David Koersch (a właściwie Vernon Wane Howell), który ogłosił się nowym Chrystusem, odizolował grupę od świata zewnetrznego i zamknął się z nimi na farmie w miejscowości Waco w Teksasie. Serial Waco opowiada o zdarzeniach związanych ze 51-dniowym szturmem służb na farmę. 




Tytuł: Waco
Obsada: Taylor Kitsch, Michael Shannon, Rory Culkin
Premiera: 24.01.2018





Jakim bym była blogerem filmowym bez wspomnienia o Koronie Królów czyli polskim hicie TVP. Wypowiadać się na temat tej produkcji się nie będę, bo widziałam tylko kawałek, ale wspomnieć muszę 😊, w końcu to flagowiec telewizji publicznej.

Enjoy!

Źródło zdjęć: https://www.menaiset.fi, https://www.gq.com, http://www.imdb.com, http://nothingbutgeek.com, http://variety.com, 
Premiery kinowe - Styczeń 2018

Premiery kinowe - Styczeń 2018

Nowy Rok wystartował a z nim kolejna dawka filmowych historii. Co w styczniu ma do zaoferowania złoty ekran i na co warto iść do kina?

Miłość bez granic

Co by było gdybyś spotkał osobę kulturowo zupełnie różną od siebie i zakochał się na amen? Brzmi jak materiał na komedię romantyczną? Cóż, nie do końca. Film I tak cię kocham to oparta na faktach historia pakistańskiego komika Kumail'a (Kumail Nanjiani), który poznaje mającą dość związków Emily (Zoe Kazan). Wbrew wszystkiemu oboje zakochują się w sobie, ale choroba Emily komplikuje ich i tak niełatwą relację.



Tytuł: I tak cię kocham (The Big Sick)

Reżyseria: Michael Showalter

Obsada: Kumail Nanjiani, Zoe Kazan, Holly Hunter

Premiera: 5.01.2017 (Polska)





Hazardzistka

Molly Bloom (Jessica Chastain), uznana narciarka, zakłada nielegalny klub pokerowy, w którym przez 10 lat spotykają się znani i bogaci współczesnego świata, a nawet bossowie rosyjskiej mafii. Gdy Molly myśli, że już lepiej być nie może, jej działalnością zaczyna interesować się FBI. Ryzyko więzienia zmusza bohaterkę to podjęcia trudnej walki. Jestem wielką fanką Jessici Chastain od czasów "Służących" (liczę, że Oskar w końcu trafi w jej ręce), a towarzystwo Idris'a Elby jeszcze podbija stawkę.



Tytuł: Gra o wszystko (Molly's Game)

Reżyseria: Aaron Sorkin

Obsada: Jessica Chastain, Idris Elba, Kevin Costner

Premiera: 5.01.2017 (Polska)





Kingsajz po amerykańsku?

Satyryczny film o mężczyźnie, który dochodzi do wniosku, że gdyby się zmniejszył żyło by mu się o wiele lepiej. Nowy film Alexandr'a Payne'a ("Spadkobiercy", "Schmidt") to komediodramat, który opowiada o rozterkach współczenego człowieka i życiu w ogóle. Na ekranie Matt Damon, Christopher Waltz i Kristin Wiig.



Tytuł: Pomniejszenie (Downsizing)

Reżyseria: Alexander Payne

Obsada: Matt Damon, Kristin Wiig, Christopher Waltz, Hong Chau

Premiera: 12.01.2017 (Polska)





Każdy dźwiga swój krzyż

Gniew opowiada historię irlandzkiego robotnika Malky'ego (Orlando Bloom), który musi zmierzyć się z traumą z dzieciństwa, gdy do jego miasteczka powraca poważany ksiądz. Czy mężczyzna poradzi sobie z ogarniającym go gniewem i destrukcyjnym zachowanie wobec najbliższych? Sprawdźcie sami.

Tytuł: Gniew (Romans)

Reżyseria:  Ludwig Shammasian, Paul Shammasian

Obsada:  Orlando Bloom, Janet Montgomery, Charlie Creed-Miles

Premiera: 12.01.2017 (Polska)


Nie oceniaj książki po okładce

Pełna ciepła historia o chłopcu ze zdeformowaną twarzą, który rozpoczyna naukę w zwykłej szkole. W rolach głównych: Jacob Tremblay (nie poznałam go pod tą charakteryzacją), dawno niewidziana na ekranie Julia Roberts oraz Owen Wilson.



Tytuł: Cudowny chłopak (Wonder)

Reżyseria: Stephen Chbosky

Obsada: Jacob Tremblay, Julia Roberts, Owen Wilson, Izabela Vidovic

Premiera: 19.01.2017 (Polska)




Więzień Labiryntu (w końcu) powraca

Po lekkiej obsuwie związanej z wypadkiem na planie Dylan'a O'Brian'a, trzecia odsłona Więźnia Labiryntu: Lek na śmierć trafia do kin. Tym razem Thomas z ekipą wyruszają na poszukiwania leku na śmiertelną chorobę, która dziesiątkuje Ziemię. Dla fanów serii pozycja obowiązkowa.



Tytuł: Więzień Labiryntu: Lek na śmierć (Maze Runner: The Death Cure)

Reżyseria: Wes Ball

Obsada: Dylan O'Brien, Rosa Salazar, Thomas Brodie-Sangster,

Premiera: 26.01.2017 (Polska)





Włoskie wakacje

Tamte dni, tamte noce to murowany kandydat do Oskara, zbierający same pozytywne opinie. Młody Elio (Timothée Chalamet) podczas pobytu we Włoszech poznaje amerykańskiego stypendystę Olivier'a (Armie Hammer). Wzajemne przyciąganie wyzwala w młodym Elio coś, o czym wcześniej nie wiedział. Wszystko to dzieje się wśród przepięknych krajobrazów Włoch, z literaturą i sztuką w tle.



Tytuł: Tamte dni, tamte noce (Call me by your name)

Reżyseria: Luca Guadagnino

Obsada: Armie Hammer, Timothée Chalamet, Michael Stuhlbarg

Premiera: 26.01.2017 (Polska)





Wszystko za życie

Po, mówiąc delikatnie słabym Obcym: Przymierze, Ridley Scott powraca z historią opartą na faktach. Wszystkie pieniądze świata opowiada o porwaniu 16-letniego wnuka najbogatszego człowieka świata i próbie przekonania miliardera do zapłacenia okupu. W rolach głównych: Michelle Williams, Mark Wahlberg i Christopher Plammer, który zastąpił w tej roli Kevin'a Spacey.



Tytuł: Wszystkie pieniądze świata (All the Money in the World)

Reżyseria: Ridley Scott

Obsada:  Michelle Williams, Christopher Plummer, Mark Wahlberg

Premiera: 26.01.2017 (Polska)





Winston

Gary Oldman w roli Winston'a Churchill'a, który obejmując urząd premiera musi zjednoczyć kraj w obawie przed najazdem nazistowskich Niemiec (w dużym uproszczeniu oczywiście). Czyżby Gary Oldman miał dostać w końcu swojego Oskara? Tego nie wiem, ale trzeba przyznać, że charakteryzacja sprawiła, że jest niemal nierozpoznawalny.



Tytuł: Czas mroku (Darkest Hour)

Reżyseria: Joe Wright

Obsada:  Gary Oldman, Lily James, Kristin Scott Thomas

Premiera: 26.01.2017 (Polska)





Oczywiście to nie wszystkie ciekawe premiery w styczniu. Ja zwróciłabym również uwagę na: Atak paniki, Gotowi na wszystko. Exterminator (trailer w kinie był całkiem zabawny) czy Fernando.

Miłego oglądania!

Źródło zdjęć: http://www.citizen-times.com, http://www.elle.vn, https://www.traileraddict.com, imdb.com, https://zayzay.com, http://kihong-source.tumblr.com/, https://movieawardsplus.com, http://www.dipsontheatres.com/, http://www.filmnstars.com
Zabicie świętego jelenia (2017): Grecka tragedia

Zabicie świętego jelenia (2017): Grecka tragedia

Na nowy film Yorgos'a Lanthimos'a czekałam z niemałym zainteresowaniem. W końcu to on, autor niesamowitego "Lobstera", zabiera się za "mrożącą krew w żyłach historię" (to pokazywały trailery) i to w doborowej obsadzie. 

Steven (Colin Farrel) to kardiochirurg, który poza doskonałą karierą zawodową ma również doskonałą rodzinę. Żona Anna (Nicole Kidman) prowadzi klinikę okulistyczną, córka Kim (Raffey Cassidy) śpiewa w chórze, a najmłodszy Bob (Sunny Suljic) uwielbia muzykę. Cała czwórka mieszka w pięknym domu na przedmieściach, jednym słowem idylla. Ten idealny obrazek burzy Martin (Barry Keoghan), którego dziwna relacja ze Steven'em doprowadza głównego bohatera do podjęcia najtrudniejszej decyzji w życiu.

Najnowszy film Lathimos'a przypomina mi konstrukcją klasyczną tragedię grecką. Mamy zatem mimesis (greckie tragedie opowiadały tylko o osobach wysoko urodzonych i zamożnych) w osobie kardiochirurga; konflikt tragiczny czyli problem, przed którym staje bohater; muzykę pełniącą w pewnym sensie rolę chóru oraz końcowe "katharsis". Czy Lathimos inspirował się mitologią? Wskazywać na to może już sam tytuł odnoszący się do historii o Agamemnonie, Ifigenii i świętym jeleniu. Czy to jednak jest trop właściwy? Możliwe, ale u Greka nic nigdy nie jest pewne. Zdecydowanie jednak, tak jak w poprzednich filmach, reżyser zabiera się za schematy ludzkiego postępowania . "Lobster" był analizą (krytyką?) zachowań i wzorców, które sobie sami narzucamy. Zabicie świętego jelenia również rozprawia się z nami, jako ze społeczeństwem. Tym razem pokazuje nam, że często idealne życie jest tylko fasadą, a nasze poczynania z przeszłości w końcu wypłyną na wierzch i będziemy musieli się z nimi zmierzyć.


Lathimos po raz kolejny "rozwala system" sposobem realizacji. Charakterystyczna dla niego jest przede wszystkim gra aktorów zupełnie pozbawiona emocji i ekspresji. Czy mówiąc o emocjach można "walić prosto z mostu"? Można i o tym przekonał nas Grek już kolejny raz. Pozbywając się jakichkolwiek ozdobników reżyser daje nam "gołe fakty", bez specjalnego upiększania, pozwalając tym samym, dowolnie oceniać nam to, co widzimy. Ja, obserwując niemal mechaniczną grę Farrell'a, Kidman i reszty obsady, mimo wszystko przeżywałam sytuacje, które oni przeżywają. Reżyser doskonale umie prowadzić aktorów, a Barry Koeghan jako Martin pod jego dyrygenturą wzbił się chyba na swoje wyżyny. To co pokazał na ekranie fascynuje oraz przeraża i to on jest oczywiście najmocniejszym elementem całej historii.

Film Stanley'a Kubrick'a "Lśnienie" to dla mnie jeden z najbardziej przerażających horrorów w historii kina. Jego kadrowanie oraz sam sposób filmowania wzmacnia poczucie grozy prozy Stephen'a King'a. Podobnie odczucia towarzyszyły mi podczas oglądania Zabicia świętego jelenia. Ujęcia Thimios'a Bakatakis'a mimo tego, że są "czyste", proste to z każdą kolejną sceną powodują wzrost napięcia i zagęszczenie atmosfery. Szerokie kadry, o dziwo, skupiają naszą uwagę na dialogach bohaterów, a zbliżenia pod różnymi kątami, wzmagają uczucie duszności. Przemierzając szpitalne korytarze za bohaterami widzimy wszystko "z góry", jakby z perspektywy jakiejś siły wyższej, która jest tylko obserwatorem. Dopełnieniem tych niesamowitych zdjęć jest oczywiście muzyka sakralna (dla wrażliwych zaznaczam - jest bardzo głośna), która w pewien sposób nadaje wzniosłość całemu obrazowi.


Przeczytałam gdzieś, że filmy Lathimos'a albo się kocha albo nienawidzi. Myślę, że w tym wypadku nie jest to banał i wyświechtany frazes. Jedni będą zachwycenia gdy reżyser w bardzo brutalny sposób komentuje rzeczywistość, nie bawi się w półśrodki, "nie owija w bawełnę" co podkreśla też sposób gry aktorów i ogólny chłód dookoła (nic ma nas nie rozpraszać), innym zupełnie nie będzie to pasować. Ja oglądając Zabicie świętego jelenia siedziałam jak zaczarowana, mocno przeżywałam to, co się dzieje na ekranie, a sposób przedstawienia całej historii totalnie mnie zahipnotyzował, ale... Z filmami mocno artystycznymi, niestandardowymi, mam czasem problem. Tak jak w przypadku "mother!" Darren'a Aronofsky'ego, gdzie domyślałam się jakie intencje może mieć twórca, to jednak dopiero znajdując klucz interpretacyjny wszystko wskoczyło mi na właściwe miejsce. W przypadku Zabicia świętego jelenia było podobnie - niestety nie jestem aż tak biegła w mitologii, aby pamiętać o czym była historia Infigenii. Mimo tego, że sam temat i główny wątek dość łatwo udało mi się zrozumieć, o tyle na głębszym poziomie, bez wskazówek, by mi się to nie udało. To jest chyba jedyny problem jaki mam z tym filmem, ale to nie wina samej produkcji.

Filmów Lathimos'a nie da się zaszufladkować, nie jestem w stanie w żaden sposób ich skategoryzować, ale to daje nam, widzom, dowolność, zarówno interpretacji jak i oceny, dostajemy "surowe mięso", a co z nim zrobimy to już nasza sprawa. Mogłabym o Zabiciu świętego jelenia napisać dużo więcej, bo ilość elementów tej układanki jest ogromna, ale jednak pozwolę Wam samym na ich odkrycie.

Tytuł: Zabicie świętego jelenia (The Killing of a Sacred Deer)
Reżyseria: Yorgos Lathimos
Scenariusz: Yorgos Lathimos, Efthymis Filippou (Złota Palma w Cannes za Najlepszy Scenariusz)Scenariusz: Thimios Bakatakis
Obsada: Colin Farrell, Nicole Kidman, Barry Keoghan, Raffey Cassidy, Sunny Suljic, Alicia Silverstone

Premiera: 1.12.2017 (Polska)



Źródło zdjęć: imdb.com, filmweb.pl, vox.com
Dark (2017) - sezon I: Time of dark

Dark (2017) - sezon I: Time of dark

Dark to pierwsza produkcja niemieckiego Netflix'a. Zapowiedzi serialu sugerowały, że jest to odpowiedź na amerykański "Stranger Things", ale nic bardziej mylnego. Nie jest to ani kopia ani żadne nawiązanie to zupełnie co innego i to "coś innego" zwala z nóg.

W miasteczku Winden, gdzie znajduje się pierwsza, niemiecka elektrownia atomowa znika młody chłopak Eric. Nikt nie wie co z nim się stało. Rodzice są zrozpaczeni, policja bezradna. W tym samym czasie jego rówieśnik Jonas Kahnwald (Louis Hofmann) próbuje poradzić sobie ze stratą ojca Michaela (Sebastian Rudolph), który popełnił samobójstwo. Żeby tego było mało podczas wyprawy do lasu nagle znika syn policjanta, Mikkel Nielsen (Daan Lennard Liebrenz), a policja odnajduje ciało kolejnego dziecka.Wszystkie te zdarzenia mocno wpływają na życie całej społeczności Winden i jednocześnie na światło dzienne zaczynają wypływać kolejne tajemnice kilku rodzin... Nie łudźcie się tylko, że to, co zobaczycie w pierwszym odcinku serialu to główny wątek historii, oj nie. Czeka was o wiele, wiele więcej.


Dark to doskonale skrojony, trzymający w napięciu thriller. Tak, thriller, więc tak jak wspominałam na początku, wszelkie porównania do serialu braci Duffer są zupełnie nie na miejscu. Nie ma tu zabawy konwencją, która wywołuje uśmiech widzów pamiętających "Goonies" czy Freddy'ego Kruger'a. To, co może być podobne to oczywiście grupka dzieciaków, niedające się wyjaśnić zdarzenia i zamknięty ośrodek (w tym wypadku elektrownia jądrowa), który może być źródłem wszystkich dziwnych wypadków. Na tym jednak porównywania się kończą. Napiszę to jeszcze raz: Dark to nie "Stranger Things".

Najmocniejszą strona serialu jest oczywiście scenariusz. Mamy wiele wątków, nadprzyrodzone zjawiska, mnóstwo bohaterów, ale wszystko to łączy się w logiczną całość. Nie ma żadnych dziur w historii, a w produkcji gdzie mamy aż tyle postaci i trzy płaszczyzny czasowe (serial rozrywa się w 2019, 1986 i 1953 roku), może to być trudne. Jednak ani jedna scena czy postać nie jest zbędna, każda z nich odgrywa ważną rolę. Nie ma się poczucia, że pojawiające się na ekranie kolejne osoby są tzw. zapchaj dziurą. Sami aktorzy są dobrani świetnie, wszyscy wypadają w swoich rolach tak jak powinni. Brawa dla ludzi od castingu, a zwłaszcza dla odpowiedzialnej również za "Bękarty Wojny", "Lektora" i "Goodbye Lenin", Simon Bär.


Na uwagę zasługuję bez wątpienia strona wizualna czyli zdjęcia autorstwa Nikolaus'a Summerer'a. Serial mocno przypomina mi produkcje skandynawskie czyli "ciemno, zimno i do domu daleko" 😉. Wszystko jest szaro-bure, słońce w zasadzie nie świeci i ciągle pada deszcz. Twórcy "rozjaśniają" sceny tylko pojedynczymi elementami jak jaskrawy kolor kurtki Jonasa czy pomarańczowe ramy okien szkoły. Scenografia i kostiumy to kolejny atut Dark. Widać, że przyłożono do tego dużą wagę, więc w 1986 mamy nastroszone fryzury i walkmeny, a w 1953 eleganckie stroje i stylowe wnętrza. Dosłownie nie ma się do czego przyczepić.

Dopełnieniem tego wszystkiego jest muzyka, to ona tworzy klimat. Czasami są to powtarzające się, niepokojące dźwięki, czasami całe utwory, które doskonale podsumowują scenę czy odcinek. Mamy zatem kompozycje Ben'a Frost'a, ale też  muzykę z lat 80, chociażby "99 Luftballons" Neny. Samo udźwiękowienie serialu jest doskonałe. Tu też należą się pokłony dla ekipy.

Czy Dark może pretendować do tytułu największego serialowego zaskoczenia roku? Czy zostanie kolejnym, netflixowym hitem? Z mojej perspektywy ma na to bardzo duże szanse, bo tak doskonale zrealizowana i ciekawa produkcja nie może przejść bez echa.


Tytuł: Dark
Twórcy: Baran bo Odar, Jantje Friese
Obsada: Louis Hofmann, Oliver Masucci, Jördis Triebel, Karoline Eichorn, Daan Lennard Liebrenz

Premiera: 1.12.2017 (Netflix)




Źródła zdjęć: netflix.com, geekexchange.com, rottentomatoes.com
Copyright © 2014 O FILMACH, BO LUBIĘ... , Blogger